Fot. Paweł Skraba.
holub
Fot. Paweł Skraba.
Jestem leniuszkiem. I kocham Koszalin!
Z niezwykle uśmiechniętą, pełną energii, szalenie zdolną sprinterką Małgorzatą Hołub, srebrną medalistką Halowych Mistrzostw Świata w Portland w sztafecie 4x400 metrów o marzeniu olimpijskim, zakochaniu w Bahamach, Pekinie, a przede wszystkim rodzinnym Koszalinie, magicznych miejscach i zapierających dech w piersiach plażach rozmawia Tomasz Więcławski
Dyscyplinę wspiera:
Tomasz Więcławski
25 Kwiecień, 2016 17:42

Jest srebro Halowych Mistrzostw Świata w Portland. To niezwykle optymistyczny scenariusz występu sztafety za oceanem.

Rzeczywiście. Po cichu liczyłyśmy na brąz, a jesteśmy drugie na świecie. To ogromnie cieszy i daje dużo siły do dalszej, jeszcze cięższej pracy. Jesteśmy przeszczęśliwe.

Jak wyglądał ten bieg z waszej perspektywy?

Był jeden nerwowy moment, kiedy upadła Jamajka przed Eweliną Ptak. To zawsze może rodzić dyskwalifikacje, które dziesiątkują sztafety na wielkich imprezach. Serca nam zadrżały, ale wszystko skończyło się happy endem. Przyjemny ciężar zawiesili nam na szyi. Te medale rzeczywiście troszeczkę ważą, ale to bez znaczenia. Ważne, że jadą do Polski.

Już podczas mistrzostw Polski w Toruniu było widać, że tego jeszcze nie grano na 400 metrów kobiet w hali, żeby w jednym biegu trzy dziewczyny złamały granicę 53 sekund.

(śmiech) Rzeczywiście, to fenomen. Ten bieg był niezwykle wyrównany i pokazał, że jesteśmy w znakomitej dyspozycji. Zresztą już pod koniec stycznia biegałyśmy bardzo dobrze, ale w lutym trzeba popracować dalej mocno, bo sezon jest długi, stąd nieco słabsze rezultaty, ale średnia forma w tym okresie była zaplanowana. Wiemy jednak, jak wiele jest ważnych imprez w tym sezonie, a wszystkim chodzi po głowach Rio de Janeiro. Nigdy nie byłam na igrzyskach i szalenie chcę tam pojechać. To moje marzenia do spełnienia na najbliższe miesiące.

Ten nieszczęsny start na MŚ w Pekinie, gdzie zgubiłyście pałeczkę, już wymazałyście z głów?

Tak, to przeszłość. Najgorszy był moment chwilę po samym biegu. Grały ogromne emocje. Padło wiele słów. Ale musimy iść dalej. Czasu się nie cofnie. Tam była szansa na bardzo dobry rezultat, ale wiele do wygrania nadal jest przed nami. Wtedy zawalił nam się świat, bo ciężko pracowałyśmy nad formą, ale teraz musi być dobrze. Mocno w to wierzę.

Widać, że wróciły na wasze twarze uśmiechy, że atmosfera w ekipie jest super. Ale gdzie szukasz odskoczni od tego wszystkiego, bo sport pochłania, to jasne, ale głowę trzeba oczyszczać?

Sport jest całym moim życiem. Mam jednak swoje miejsce na ziemi. Zawsze wracam do mojego ukochanego, rodzinnego Koszalina. Śmieją się w kadrze, że to miejscowość na końcu świata, ale ja ją niezwykle kocham i jest cały czas we mnie. Tam ptaki zawracają, ale to miejsce magiczne. Mieszkają w tym miejscu moi najbliżsi – rodzina i chłopak. Wracam do domu, ładuję akumulatory i znów jadę na obóz. Bo one są naszą codziennością, jako zawodowych lekkoatletów.

A w jaki sposób w tym Koszalinie odpoczywasz?

Jestem takim, troszeczkę, leniuszkiem (śmiech). Lubię poleżeć na kanapie przed telewizorem. Wtedy też zawsze podjadam (śmiech). Tak poleżę sobie, poleżę i muszę gdzieś wyjść, ruszyć się. Nie jest to może w czasie odpoczynku od treningów jakaś super wielka aktywność, ale spacery nad morzem bardzo mnie relaksują.

Po co warto przyjechać do Koszalina? Zareklamuj to miasto innym.

To pięknie miejsca na ziemi. Bardzo zielone miasto, z dużą ilością roślin. Nie dzieje się może tyle, co w większych miastach, co zrozumiałe, ale jest blisko morza i nie ma tam aż takiego zgiełku, co dla wielu jest atrakcją. Jeżeli ktoś chciałby przyjechać, to służę za przewodnika. Oprowadzę po rewelacyjnych miejscach. Znam zakamarki tej miejscowości, jak mało kto.

Jako sportowcy jeździcie po całym świecie. Które miejsca cię urzekły najbardziej?

Są dwa takie miejsca. Pierwsze z nich, to Bahamy. Uwielbiam tam wracać, przebywać, odpoczywać. To raj na ziemi. Plaża w tym kraju zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Mam ją cały czas przed oczami. Drugie miejsce, to bez wątpienia Pekin. Zupełnie inny świat, zupełnie inni ludzie. Nawet przejażdżka metrem w tym mieście była dla mnie czymś niezapomnianym. Warto tam pojechać, polecam każdemu. Byłyśmy na spacerze, żeby zobaczyć, jak ludzie tam żyją. To niesamowite. Nie do opisania słowami.

Większość dużych imprez w najbliższym czasie odbywa się w Azji, poza Brazylią, gdzie będą igrzyska.

W Korei byłam już także i ona nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Pekin. Budynki, architektura, ale i sposób życia ludzi w Chinach zupełnie różni od znanego nam – Europejczykom.

Ale w Brazylii też znanych na całym świecie plaż nie brakuje. Polskie, uśmiechnięte sprinterki będą ozdobą Copacabany?

Oby. Musimy tam być, musimy się tam zakwalifikować. Nigdy nie byłam na IO, a to marzenie każdego sportowca. Jak tylko będzie chwila, żeby pójść na tę plażę, to na pewno z niej skorzystamy. Ale uśmiech będzie związany z wynikiem. Bo stać nas, naprawdę, na osiąganie dobrych rezultatów. Widać, ile dziewczyn biega w tym sezonie szybko, a cześć odpuściła halę i przygotowuje się tylko do lata.

1915768_1755592621340160_1045445965762959582_n

Małgorzata Hołub/facebook

Poleżeć chwilę na tej plaży? To konieczne.

(śmiech) Na pewno skorzystamy po stracie, jak tylko będzie czas. Oby wiodło się całej reprezentacji w Rio, to atmosfera do karnawału będzie idealna (śmiech).

Już podczas mistrzostw Polski w Toruniu było widać, że tego jeszcze nie grano na 400 metrów kobiet w hali, żeby w jednym biegu trzy dziewczyny złamały granicę 53 sekund.

(śmiech) Rzeczywiście, to fenomen. Ten bieg był niezwykle wyrównany i pokazał, że jesteśmy w znakomitej dyspozycji. Zresztą już pod koniec stycznia biegałyśmy bardzo dobrze, ale w lutym trzeba popracować dalej mocno, bo sezon jest długi, stąd nieco słabsze rezultaty, ale średnia forma w tym okresie była zaplanowana. Wiemy jednak, jak wiele jest ważnych imprez w tym sezonie, a wszystkim chodzi po głowach Rio de Janeiro. Nigdy nie byłam na igrzyskach i szalenie chcę tam pojechać. To moje marzenia do spełnienia na najbliższe miesiące.

Ten nieszczęsny start na MŚ w Pekinie, gdzie zgubiłyście pałeczkę, już wymazałyście z głów?

Tak, to przeszłość. Najgorszy był moment chwilę po samym biegu. Grały ogromne emocje. Padło wiele słów. Ale musimy iść dalej. Czasu się nie cofnie. Tam była szansa na bardzo dobry rezultat, ale wiele do wygrania nadal jest przed nami. Wtedy zawalił nam się świat, bo ciężko pracowałyśmy nad formą, ale teraz musi być dobrze. Mocno w to wierzę.

Widać, że wróciły na wasze twarze uśmiechy, że atmosfera w ekipie jest super. Ale gdzie szukasz odskoczni od tego wszystkiego, bo sport pochłania, to jasne, ale głowę trzeba oczyszczać?

Sport jest całym moim życiem. Mam jednak swoje miejsce na ziemi. Zawsze wracamdo mojego ukochanego, rodzinnego Koszalina. Śmieją się w kadrze, że to miejscowość na końcu świata, ale ja ją niezwykle kocham i jest cały czas we mnie. Tam ptaki zawracają, ale to miejsce magiczne. Mieszkają w tym miejscu moi najbliżsi – rodzina i chłopak. Wracam do domu, ładuję akumulatory i znów jadę na obóz. Bo one
są naszą codziennością, jako zawodowych lekkoatletów.

A w jaki sposób w tym Koszalinie odpoczywasz?

Jestem takim, troszeczkę, leniuszkiem (śmiech). Lubię poleżeć na kanapie przed telewizorem. Wtedy też zawsze podjadam (śmiech). Tak poleżę sobie, poleżę i muszę gdzieś wyjść, ruszyć się. Nie jest to może w czasie odpoczynku od treningów jakaś super wielka aktywność, ale spacery nad morzem bardzo mnie relaksują.

Po co warto przyjechać do Koszalina? Zareklamuj to miasto innym.

To pięknie miejsca na ziemi. Bardzo zielone miasto, z dużą ilością roślin. Nie dzieje się może tyle, co w większych miastach, co zrozumiałe, ale jest blisko morza i nie ma tam aż takiego zgiełku, co dla wielu jest atrakcją. Jeżeli ktoś chciałby przyjechać, to służę za przewodnika. Oprowadzę po rewelacyjnych miejscach. Znam zakamarki tej miejscowości, jak mało kto.

Jako sportowcy jeździcie po całym świecie. Które miejsca cię urzekły najbardziej

Są dwa takie miejsca. Pierwsze z nich, to Bahamy. Uwielbiam tam wracać, przebywać, odpoczywać. To raj na ziemi. Plaża w tym kraju zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Mam ją cały czas przed oczami. Drugie miejsce, to bez wątpienia Pekin. Zupełnie inny świat, zupełnie inni ludzie. Nawet przejażdżka metrem w tym mieście była dla mnie czymś niezapomnianym. Warto tam pojechać, polecam każdemu. Byłyśmy na spacerze, żeby zobaczyć, jak ludzie tam żyją. To niesamowite. Nie do opisania słowami.

Większość dużych imprez w najbliższym czasie odbywa się w Azji, poza Brazylią, gdzie będą igrzyska.

W Korei byłam już także i ona nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak Pekin. Budynki, architektura, ale i sposób życia ludzi w Chinach zupełnie różni od znanego nam – Europejczykom.

Ale w Brazylii też znanych na całym świecie plaż nie brakuje. Polskie, uśmiechnięte sprinterki będą ozdobą Copacabany?

Oby. Musimy tam być, musimy się tam zakwalifikować. Nigdy nie byłam na IO, a to marzenie każdego sportowca. Jak tylko będzie chwila, żeby pójść na tę plażę, to na pewno z niej skorzystamy. Ale uśmiech będzie związany z wynikiem. Bo stać nas, naprawdę, na osiąganie dobrych rezultatów. Widać, ile dziewczyn biega w tym sezonie szybko, a cześć odpuściła halę i przygotowuje się tylko do lata.

Poleżeć chwilę na tej plaży? To konieczne.

(śmiech) Na pewno skorzystamy po stracie, jak tylko będzie czas. Oby wiodło się całej reprezentacji w Rio, to atmosfera do karnawału będzie idealna (śmiech).