Fot. Jacek Kiełpińśki
3
Fot. Jacek Kiełpińśki
Lekkoatletyka dla Każdego – czyli program skarb
Jaka będzie przyszłość lekkiej atletyki w Polsce? Kim są ludzie, którzy pracują z przyszłymi mistrzami? Jakie stosują metody treningowe? Jak docierają do dzieci, jak je motywują? Rozmawiamy z Dagną Wleklińską, czynną zawodniczką, trenerką uzdolnionych uczniów klas 4, 5 i 6 podstawówki i kierownikiem organizacyjnym niedawnego finału Nestlé Cup.
Dyscyplinę wspiera:
Jacek Kiełpińśki
13 Wrzesień, 2016 22:43

W Toruniu odbył się finał Nestlé Cup, czyli ogólnopolskie podsumowanie eliminacji regionalnych zawodów wielobojowych organizowanych w ramach programu Lekkoatletyka dla Każdego. Byłaś kierownikiem tych udanych zawodów. Czy to oznacza, że przerywasz karierę sportową?

Nie. Cały czas biegam wyczynowo. Płotków nie odpuszczam. A zaczęłam, gdy byłam w wieku podobnym do uczestników tego finału. Już wtedy, podobnie jak i dzisiaj, popularne były tzw. czwartki lekkoatletyczne. Jako dziewczynka trafiłam do klubu LUKS Inowrocław i trenowałam pod kierunkiem trenera Ryszarda Dreliszaka. Od początku 400 metrów przez płotki.

Jak wspominasz tamte czasy?

Teraz są zdecydowanie lepsze warunki, by dzieci w wieku szkolnym kształciły się sportowo. Posługując się terminologią PZLA-owską, trzecia klasa gimnazjum to wiek młodzikowski. Dlatego my, w ramach programu Lekkoatletyka dla Każdego, kształcimy do drugiej klasy gimnazjum. Starsi przechodzą pod kształcenie PZLA już jako młodzicy.

Przesiewacie te najzdolniejsze dzieci…

To nie przesiewanie, tylko umożliwianie tym młodszym trenowania od najmłodszych lat pod fachowym okiem. Za moich czasów, gdy zaczynałam, były w szkołach pojedyncze jednostki, które interesowały się lekką. Złapałam sportowego bakcyla, bo wychowania fizycznego uczyła mnie była zawodniczka trenera Dreliszaka. Starała się wyłapać talenty. I tak w 3 klasie gimnazjum zostałam przekierowana pod opiekę trenera Dreliszaka, a ostatecznie wylądowałam w liceum, w którym nauczał, i w którym siedzibę miał klub LUKS Inowrocław. Zobaczyła coś we mnie, bo sama była zawodniczką. A to pomaga w ocenie. Tylko we dwie z koleżanką przeszłyśmy do klubu, a tam okazało się, że byłam jedną z najmłodszych. Do dziś z tamtej ekipy biegam tylko ja. Śmieję się, że co roku nowe nazwiska się pojawiają, a Dagna Wleklińska gdzieś tam, na tych listach startowych, ciągle się pojawia. Mam 27 lat, od 12 lat zajmuję się bieganiem.

Największe sukcesy to…

Byłam piąta na mistrzostwach Polski seniorów na 400 metrów przez płotki. Przez lata kwalifikowałam się do ósemki finałowej mistrzostw. Gdy skończyłam liceum przeszłam tu, do Miejskiego Klubu Lekkoatletycznego w Toruniu i zaczęłam studia w Wyższej Szkole Bankowej. Równocześnie trenowałam. Najpierw u Jacka Woźniaka. Wówczas trenowała u niego także nasza dobra płotkarka, Monika Kopycka. Miałam więc sparingpartnerkę u własnego trenera. Potem trenował mnie Marian Gęsicki, a teraz Jacek Butkiewicz. Od pewnego czasu równocześnie pracuję nie tylko nad sobą, ale i z dziećmi.

Stałaś się trenerką. Jak zdobywałaś na to papiery?

Papiery są potrzebne. Ale kto był zawodnikiem, ten czuje sport i może wiele przekazać. Gdy walczyłam z przewlekłą kontuzją achillesów, zostałam wdrożona do programu Lekkoatletyka dla Każdego. Najpierw pomagałam Marianowi Gęsickiemu. Niebawem będzie druga rocznica. Pomagałam, choć nie byłam jeszcze w strukturach programu. Trener „wypożyczał” mnie i pokazywałam dzieciakom różne ćwiczenia na płotkach. W styczniu tego roku zaproponowano, bym została trenerem głównym w OLA Toruń. W grudniu tamtego roku zdobyłyśmy z koleżanką Pauliną Makowską uprawnienia trenera młodzieżowego PZLA. To jest taki pierwszy krok, jeszcze nie na wyczynowym poziomie, ale dzięki temu już z dziećmi mogłam pracować. W tym roku w maju byłam na kursie w Spale i zdałam egzamin na instruktora PZLA, wobec czego dziś mogłabym uczyć wyczynowców, ale koncentruję się na dzieciach. Cieszy mnie, gdy widzę talenty, choćby takiego Samuela Olisiejko, który wygrał klasyfikację chłopców swojego rocznika na finale Nestlé Cup. Zaczęło mnie to kręcić, gdy zobaczyłam, że te dzieci lgną do mnie. Cieszę się, gdy jakaś dziewczynka zetnie włosy, to przychodzi po treningu pokazać krótszą fryzurę. Jak zobaczyłam ten feedback ze strony dzieci, to mówię: kurczę, to jest fajne, to się może podobać!

Wracając do różnic. Lekkoatletyka dla Każdego to…

Skarb. Zdecydowanie to jest skarb. Kiedyś, jak mówiłam, podobną rolę odgrywały czwartki lekkoatletyczne. Dawały możliwość startu, szkoły z klasami przychodziły, by się pokazać i rywalizować między sobą. Jednak wtedy nie było realnego szkolenia tych dzieci, tylko na lekcjach wf wyłapywano najzdolniejsze i wyznaczano: ty startujesz, ty i ty. Ale tym dzieciom w większości przypadków nie było zapewnione szkolenie, tylko to, co na wf-ie udało się wybiegać, to wówczas pokazywały na zawodach.

Dziś dzieci trenują na miękkim sprzęcie, płotki są z pianki.

Właśnie. A pamiętam swoje początki na płotkach… Mieliśmy żużel na stadionie w Inowrocławiu. Nie raz rysowało się linie odgraniczające tory. Kilka godzin wcześniej przychodziłam i rysowałam te tory, bo na pierwszym torze przy bandzie biegać – to niebezpieczne. Wiraże są ostre, więc to też nie daje komfortu biegania. Trzeba było te dwa, trzy tory narysować, by móc na tym trzecim biegać. Musieliśmy sobie radzić jakoś. Na najniższej wysokości 76 centymetrów, na której trenowaliśmy, i tak zdarzały się wypadki.

Co jest takiego w płotkach? Dlaczego właśnie ta konkurencja?

Nie wiem, czy powinnam odkrywać karty, ale powiem tak… Jeśli ktoś nie ma super predyspozycji szybkościowych, to sprintersko rozwinie się do pewnego poziomu i koniec. A 400 metrów to jest trudny dystans i żeby go pokonać trzeba przetrwać naprawdę wymagające treningi. Zwłaszcza zimą, gdy robi się podbudowę pod szybkie bieganie w sezonie. W płotkach na takim dystansie liczy się wszystko. Jest ważna gibkość, wytrzymałość szybkościowa, szybkość, ważne jest odpowiednie ułożenie bioder w trakcie pokonywania płotka, jest tyle niuansów, że jeśli ktoś nie urodził się jako rasowy sprinter, ciężką pracą może na tym dystansie wiele osiągnąć.

Czyli ktoś kiedyś uznał, że na super sprinterkę predyspozycji nie masz…

Nie mam. Ale jak się spojrzy nawet na finały olimpijskie, to nie zawsze technika pokonywania płotków jest idealna i odgrywa najważniejszą rolę. Zdarza się, że są to dziewczyny bardzo szybkie, jak pokonają płotek, tak go pokonają, ale na odległości 35 metrów między płotkami nabiorą takiej prędkości, że znowu są z przodu. Jeśli ktoś nie jest sprinterem, to do pewnego poziomu się rozwinie, ale dalej już więcej nie ugra. Wtedy dobrą alternatywą mogą okazać się płotki.

Czyli idzie w technikę, bo płotki jej wymagają.

Śmiałam się w Spale, gdy pojechaliśmy na kurs instruktora lekkiej atletyki i musieliśmy uczestniczyć w wykładach ze wszystkich konkurencji, że w sumie wszędzie potrzebne są płotki. Ćwiczenia na płotkach, tzw. pędzle, czyli przechodzenie przez płotki ustawione na przykład co trzy stopy, robi każdy lekkoatleta. Zakrok, atak, itd. piłkarzom też bym zalecała. Ogólnorozwojowo płotki są genialne. Z Panem Henrykiem Olszewskim, trenerem Tomka Majewskiego, mieliśmy również zajęcia w Spale i też przyznał, że ćwiczenia na płotkach potrzebne są jak najbardziej. Przydają się wszystkim. Przeszkodowcom, czy płotkarzom często ustawia się płotki w nieregularnych odległościach, by zawodnik patrząc na płotek zdobywał orientację w przestrzeni i mógł zawczasu krok wydłużyć, by dzięki temu nie musiał drobić przed przeszkodą.

Wybijasz się z lewej, czy z prawej nogi?

Mogę odbijać się i z lewej i prawej. Nie możemy pozwolić, by jedna strona ciała była bardziej rozwinięta, dlatego trzeba wykonywać ćwiczenia na obydwie nogi. Nawet jak pędzle robimy, to pilnujemy, by była ta sama liczba powtórzeń na obie nogi.

I pewnie takich zasad uczycie dzieci.

Tak, wszystkie ćwiczenia wykonują po równo. Zresztą cały system szkolenia jest zrównoważony i spójny. To podkreśla zawsze Sebastian Chmara, koordynator główny programu Lekkoatletyka dla Każdego, którego sponsorami są między innymi Nestlé i Orlen – firmy dbające także o ten aspekt. Ich wsparcie umożliwia również nasz rozwój, ponieważ na zgrupowaniach PZLA mamy możliwość być stażystami przy trenerach z pierwszą klasą trenerską. To jest fajne w tym programie, że nie tylko dzieci nie są zostawione same sobie. Jak przechodzą z podstawówki do gimnazjum, to daje się im możliwość trenowania w klubie. System jest naprawdę bardzo spójny. U nas, w Toruniu, 5 trenerów współpracuje w OLA Toruń i to jest jeden z mniejszych ośrodków. Są ośrodki, gdzie pracuje po 10 trenerów. W każdym województwie są ośrodki lekkiej atletyki OLA, w każdym jest trener główny, a pod trenerem głównym są trenerzy współpracujący. Są też tworzone gimnazjalne klasy sportowe z ramienia Lekkoatletyki dla Każdego.

Chodzi przecież o to, by coraz więcej młodych ludzi zajmowało się lekką. I tak jest. Co ich do niej dziś przyciąga?

Są to tysiące dzieci w skali kraju. 550 przyjechało do Torunia na początku września na finał, a prawie 6 tysięcy startowało w eliminacjach. Te dzieci chcą to robić. Transport na zawody i zakwaterowanie organizujemy my. Nie płacą za to. Co przyciąga dzieci z 4, 5 i 6 klasy podstawówki oraz 1 i 2 klasy gimnazjum? Może atmosfera tu panująca, może też sprzęt, jaki im oferujemy? Myślę o tym świetnym sprzęcie piankowym, bo nie ma sensu uczyć w tym wieku na płotkach wyczynowych. Jak dziecko piankowy płotek kopnie kolanem czy stopą, to nic się nie stanie. Podobnie oszczepy plastikowe, dyski gumowe, mamy nawet młoty dostosowane do dzieci. Ponadto, w każdym ośrodku są także między innymi drabinki koordynacyjne, które choć bardziej kojarzą się z treningiem piłkarskim, uczą koordynacji ruchowej i zwinności. Mamy też specjalistyczne książki o zabawach lekkoatletycznych, które wykorzystujemy podczas zajęć. Do tego dwa razy do roku mamy obowiązek przeprowadzić testy OSF, czyli ocenę sprawności fizycznej. W zależności od wieku zawodnika jest tam między innymi skok z miejsca, rzut piłką lekarską zza głowy i biegi wahadłowe. Wszystkie wyniki wysyłamy do pana Marka Wochny, który jest głównym metodykiem w programie Lekkoatletyka dla Każdego.

A jak któreś dziecko odstaje…

Nic się z nim nie dzieje. Nie powinno się zniechęcać, bo nasza praca nie jest rozliczana jedynie na podstawie wyników, jakie osiągają nasi podopieczni, ale także tego, jak bardzo potrafimy zachęcić dzieci do regularnego treningu i wyjazdów na zawody, np. te poprzedzające Orlen Warsaw Marathon. Akurat wtedy, w okolicach Stadionu Narodowego, była masa dzieci, panowała taka radość, że czystą przyjemnością było tam być. Tak, zresztą, jak na naszym finale Nestlé Cup.

Udział Nestlé to cały wątek żywieniowy programu.

To jest bardzo ważne. Do wszystkich ośrodków w Polsce zostały rozesłane tablice żywieniowe. które mamy obowiązek przekazać szkołom współpracującym z programem. Trenerzy przekazują je nauczycielom przyrody i wf. Program jest naprawdę kompleksowy. Dzieci mają choćby możliwość uczestniczenia w obozach organizowanych przez PZLA. Ode mnie w tym roku pojechała dwójka dzieci. To jest też absolutnie bezpłatne.

Wymiernym skutkiem programu będzie np. zwycięstwo Twojego podopiecznego, Samuela Olisiejko, w jakichś poważnych zawodach? Na to czekasz?

Bardzo bym chciała, żeby tak się stało. Ja jestem niespełnionym sportowcem, ale za mną może ktoś pójść i być może okaże się, że jakiś mój wychowanek całe swoje życie podporządkuje lekkiej. Byłam takim freakiem sportowym, trenowałam dużo i sądziłam, że czym więcej, tym lepiej. Dziś wiem, że nie urodziłam się tylko po to, by biegać. Jestem na studiach doktoranckich, piszę doktorat w katedrze ekonometrii i statystyki, a dokładniej zajmuję się przestrzenno-czasową analizą obligacji rządowych na świecie. Więc czymś związanym z matematyką, którą lubię. W pracy z dzieciakami i we własnych treningach mogę się nadal spełniać dodatkowo, ale dziś jest też coś, z czego czerpię całkowitą satysfakcję, czyli z mojego życia naukowego.

Trochę nie wierzę. Wyławianie talentów daje chyba jeszcze większą satysfakcję.

Fakt. Taki Samuel Olisiejko jest od początku programu Lekkoatletyka dla Każdego, dziś jest w 6 klasie podstawówki. Znam go od dwóch lat. Uważnie obserwuję. Niezmiernie mnie ucieszyło, że wygrał Nestlé Cup. Od początku dobrze się zapowiadał, np. płotki biegał bardzo dobrze, ruchowo jest super skoordynowany, szybko łapie i chętnie uczy się nowych ćwiczeń. Był z nami na organizowanym przez MKL Toruń obozie w Pucku. Już w wojewódzkich eliminacjach we Włocławku wygrał. W każdym teście wypadał bardzo dobrze. Ale muszę też wspomnieć o Julii Bąk. Biega 600 metrów. W biegu przy Orlen Warsaw Marathon wygrała, a w jej roczniku startowało około 500 dziewczynek.

Zabrałaś po prostu najszybsze dzieciaki…

Też. Ale tu u nas w programie naprawdę liczy się przede wszystkim uczestnictwo.

Ciągle podkreślasz, że z dziećmi trzeba delikatnie, ale ostatecznie przecież mają w przyszłości wygrywać na igrzyskach olimpijskich. Co, Twoim zdaniem, powinien uprawiać Samuel?

Pewnie w perspektywie będzie biegał 400 metrów. Być może docelowo przez płotki. Życzymy mu tego.

Wasza impreza była udana, ale, tak jak na większości zawodów lekkoatletycznych, trybuny świeciły pustkami. Dlaczego? Może widzów przyciągają tylko gwiazdy?

U nas na finale były gwiazdy. Był Ziółkowski, Czapiewski, była złota medalistka z Rio Magda Fularczyk-Kozłowska, była Andrejczyk, nasza świetna oszczepniczka. Podobało mi się, że trzy pokolenia gwiazd się spotkały. Te wschodzące czyli dzieci, środkowe, jak Marika Popowicz, Anna Jagaciak-Michalska czy Fularczyk, a także mistrzowie weterańscy, jak panowie Trzepizur, Seidel, panie Chewińska, Kielan. Dzieci miały okazję odebrać „piątkę” z rąk tych osób. Weteranom poświęca się mniej uwagi i to jest smutne. A przecież rekord Ludwiki Chewińskiej w pchnięciu kulą przeżył już 40 lat! Dużo bardziej do młodych sportowców przemawia chociażby nazwisko Ewy Swobody, bo ona jest bliższa im wiekiem i dziś na topie. Jest o niej głośno. Może będę za kilka lat jak Ewka? – wielu myśli. Tymczasem to weterani mają największą wiedzę. Praca z dziećmi wymaga jednak cierpliwości i umiejętności tłumaczenia.

Przecież weterani samym sobą udowadniają mądrość sportu, że nie warto tej pasji porzucać i zasiadać przed telewizorem jedząc co popadnie…

Zaświadczają też, że sport otwiera wiele furtek. Tak też było w moim przypadku. Wiele możliwości pojawia się, gdy przywozi się dyplomy za zasługi sportowe dla swojej uczelni. Człowiek staje się zorganizowany. Dzięki uprawianiu sportu nauczyłam się godzić w życiu wiele spraw. Dzięki byciu dobrze zorganizowaną udało się zrobić drugą magisterkę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Równocześnie jednak rozpoczęłam studia doktoranckie, będąc wciąż czynnym sportowcem. Wszystko potrafiłam poukładać, a energii nadal mam full! Wiele dają słowa uznania. Chociażby taki sms od Marka Wochny po finale Nestlé Cup: „Dagna, gratuluję, dobra robota”. Czy życzliwe wsparcie Pana Wacława Krankowskiego, prezesa Polskiego Związku Weteranów Lekkiej Atletyki, który niejednokrotnie pomógł mi podczas naszej imprezy, w której debiutowałam jako kierownik organizacyjny.

W jeden weekend na tym stadionie, tu w Toruniu, startują dzieci, wyczynowcy i weterani. To faktycznie wyjątkowy stadion?

Kameralny i wyjątkowy. Jego ducha tworzą wszyscy z nim związani. W tym świetna ekipa techniczna i ekipa sędziowska. Udało się na nasz finał zmobilizować jednego dnia prawie 80 sędziów, gdy zwykle przy zawodach pracuje 40. Jesteśmy dobrze zorganizowaną, współpracującą od lat, ekipą.

Cóż, Toruń wszędzie chwali się, że jest miastem sportu.

I jest tak faktycznie.

Ale co zrobić, by trybuny były zapełnione?

Problem leży u podstaw. Lekkoatletyka to prawdziwy sport, a nie medialny biznes. Program Lekkoatletyka dla Każdego daje jakieś podwaliny, tworzy kolejne okazje, żeby ludzie z zewnątrz, niezwiązani ze sportem, mogli przyjść i poczuć, o co tu chodzi. A tych imprez będzie coraz więcej, będą coraz ciekawsze formuły.

I coś wystrzeli?

Prędzej czy później wystrzeli. Być może Samuel Olisiejko powie za kilka lat, że tu zaczął. Z pewnością będą robione podsumowania, ilu juniorów młodszych startujących na mistrzostwach Europy zaczynało przed laty, tak jak on, w programie Lekkoatletyka dla Każdego. Jeśli okaże się, że takie nazwiska się pojawiają, to będzie sukces, na jaki czekamy. A przy okazji będziemy mieli armię zdrowych dzieciaków, które nie tylko potrafią kopać piłkę, ale umieją także zrobić coś na płotkach, czy poprawnie wystartować z bloków…

Fotogaleria: Roman Bosiacki.

Fotogaleria: