Fot. Łukasz Piecyk
sport_rosinski_002_piec
Fot. Łukasz Piecyk
Marcin Rosiński: Usłyszeć „Mazurka Dąbrowskiego”
Z Marcinem Rosińskim, trenerem młodziczek w toruńskiej Enerdze, byłym szkoleniowcem Stopera Głuchowo, synem Wojciecha Rosińskiego olimpijczyka z Moskwy z 1980 roku, o marzeniach związanych z pracą szkoleniową, miłości do koszykówki, poświęceniu rodziny, wyrozumiałości i niezwykle utalentowanych wychowankach, rozmawia Tomasz Więcławski
Tomasz Więcławski
10 Maj, 2016 22:08

Jak to z tą koszykówką w pana życiu było?

Nasza rodzina ma głębokie koszykarskie tradycje. Kawał świata zjeździliśmy za tatą, gdy grał w różnych klubach. Urodziłem się w Warszawie, mieszkaliśmy w Gdańsku, potem przez lata za granicą. Następnie los pchnął nas w kierunku Chełmży. Trzeba przyznać, że dość przypadkowo. Tam ojciec został dyrektorem gimnazjum. Z powodzeniem udało nam się, żeby nie być przesadnie skromnym, wychować tam kilka, a nawet kilkanaście, bardzo zdolnych koszykarek. A ja sam bakcyla koszykówki ostatecznie połknąłem w Inowrocławiu, gdzie chodziłem do szkoły średniej. Wiadomo – to miasto to mekka polskiego basketu.

No właśnie… Stoper Głuchowo to uznana marka w naszym regionie.

Rzeczywiście, szczególnie praca z dziewczętami w tej miejscowości przynosi bardzo dobre efekty. Teraz zawodniczki z rocznika 2001 i 2002, które trenowałem, są podporami naszej kadry w swojej kategorii wiekowej. Zresztą jeżdżąc na obozy z kadrą wojewódzką, poznałem trenerów reprezentacji kraju U-15 i w tym zespole teraz odbywam staż. A na zasadzie transferu trafiłem do Energi, żeby rozwijać się samemu, ale też po to, żeby moje zawodniczki zdobywały doświadczenie.

Dwie pana podopieczne nadal trenują w Głuchowie.

To Magda Szulc z rocznika 2001 i Ewelina Śmiałek – o rok młodsza. Tam prowadzę dla nich zajęcia pozalekcyjne, bo działalność klubu Stoper Głuchowo czasowo została wstrzymana. Chyba idzie nam całkiem nieźle ta praca, bo dziewczyny świetnie się rozwijają i prezentują naprawdę wysoki poziom. To daje człowiekowi dużo siły do dalszej pracy.

Co w tym trenerskim życiu jest dla pana największą nagrodą?

Sukcesy wychowanków. I te sportowe, i życiowe. One powodują, że człowiek się wzrusza. I wcale nie jest tak, że tylko w przypadku wielkich karier dawnych podopiecznych, bo nie każdy zawodnik taką robi. Sam nie byłem wielkim zawodnikiem, więc zainwestowałem w trenerkę. Chcę się rozwijać, podnosić swoje kompetencje. Ale wracając do zawodników – nawet gdy widzi się swoich wychowanków przy stoliku sędziowskim na meczach koszykarskich, to jakoś tak lepiej człowiekowi na sercu, że pozostali przy sporcie.

Dla rodziny takie trenerskie życie łatwe jednak nie jest?

Zgadza się. Często muszę wyjeżdżać i nie ma mnie w domu. Jestem swojej żonie niezwykle wdzięczny za to, że jest tak wyrozumiała. Życie z czynnym sportowcem czy trenerem wymaga poświęceń. I doskonałej organizacji. Bez tego na dłuższą metę nie dałoby się tego godzić.

Jakie jest pana zawodowe marzenie?

Nigdy nie było mi dane zagrać w koszulce z orzełkiem na piersi jako zawodnik. Chciałbym i dążę do tego z całych sił, by być w sztabie szkoleniowym naszej kadry i usłyszeć na meczu państwowym „Mazurka Dąbrowskiego”. Wiem, że wzruszenie byłoby wtedy ogromne.

Człowiek zżywa się mocno ze swoimi wychowankami?

Tak. I to jest, szczególnie dla młodych trenerów, często bardzo trudne. Trzeba bowiem umieć rozgraniczyć podmiotowe traktowanie zawodnika i emocjonalne uzależnienie. Bo każdy młody człowiek ma prawo wyboru i może od sportu odejść. Wiązanie się z nim jest tylko i wyłącznie jego prywatną decyzją. Nie wolno do tego zmuszać. Nawet, jakby przerwanie przez któregoś zawodnika kariery nam się nie podobało. To pułapka, w którą można łatwo wpaść.