Fot. Facebook.
12976888_1167012759988979_6972137007952173788_o
Fot. Facebook.
Na rewolucję nie ma czasu- Tałant Dujszebajew (wywiad)
O presji nadającej sens życiu, jednej bramce znaczącej wszystko w zawodowym sporcie, nadziejach przed IO, przyszłości dyscypliny i dziurze na rozegraniu, z Tałantem Dujszebajewem, nowym trenerem reprezentacji Polski w piłce ręcznej mężczyzn, rozmawia Tomasz Więcławski
Dyscyplinę wspiera:
Tomasz Więcławski
25 kwiecień, 2016 20:06

Wywiad z trenerem przeprowadzono przed turniejem kwalifikacyjnym piłkarzy ręcznych w Gdańsku.

Jakie emocje, uczucia dominowały w Panu po wyborze na selekcjonera naszej drużyny narodowej?

Najpierw byłem bardzo zadowolony. A pierwsze uczucie? To chyba duma. Tak. Jestem z tego powodu bardzo dumny.

Jest pan trenerem Vive Kielce, więc wie Pan, jak wielka jest presja wyniku związana z grą naszej kadry. Czuje Pan ją?

Dzisiaj nie czuję, ale wiem, że ona przyjdzie. Ale ja zawsze powtarzam, że presja jest dobra. Bez niej życie jest nudne. Polska jest jedną z dziesięciu, może dwunastu, reprezentacji na świecie, które mogą zdobywać medale na MŚ, ME i Igrzyskach Olimpijskich. To jest realne. Trzeba jednak pamiętać, że możesz mieć medal, jak podczas MŚ w Katarze 2015 czy jak po bramce Siódmiaka w 2009 roku, ale i wszystko może się skończyć, tak jak podczas ME w Polsce w tym roku.

No właśnie, co się stało z naszym zespołem w ostatnim meczu?

Tu nie chodzi chyba tylko o ostatni mecz. Moim skromnym zdaniem, problem był organizacyjny. Polska po wygranej z Francją miała 4 dni przerwy i to mogło wybić zawodników z rytmu. To nie było najlepsze rozwiązanie. Chociaż poziom polskich zawodników na ME był wyższy niż na MŚ w Katarze. Forma była lepsza.

Obserwował Pan mistrzostwa z perspektywy trenera reprezentacji Węgier. Poradziliśmy sobie, jako gospodarze?

Mówiłem wszystkim już w czasie turnieju, że jest to klasowo i super zrobione. Byłem i w Gdańsku i we Wrocławiu i w Krakowie. Tylko w Katowicach nie byłem. Wiele widziałem i zabrakło tylko awansu zespołu do półfinału. Bo organizatorom zawsze trudniej jest budować napięcie, gdy gospodarz nie gra o medale, a hala nie jest wypełniona po brzegi. Ale trzeba jasno powiedzieć, że był to jeden z najlepiej zorganizowanych turniejów w historii.

Rewolucja w składzie kadry przed turniejem kwalifikacyjnym do IO i samymi igrzyskami jest chyba niemożliwa?

Oczywiście, że nie jest możliwa. Kiedy dysponujesz czterema dniami na treningi i wszyscy mówią, że powinniśmy turniej wygrać, to nie ma cudów, żeby zrobić rewolucję w zespole. Ten zespół, co grał do tej pory – na MŚ w Katarze i ME w Polsce – w 90 procentach będzie taki sam podczas wspomnianych turniejów.

Jest Pan szkoleniowcem w naszej lidze. Mamy zaplecze i zastępców dla generacji gwiazd?

Zawsze będą ludzie, którzy zastąpią kogoś, kto odchodzi. Nie chcę być arogantem, ale nie ma w lidze chłopaków, którzy z dnia na dzień będą prezentowali poziom braci Lijewskich, Jureckich, Bieleckiego, Tłuczyńskiego, Siódmiaka czy Tkaczyka. Tamta generacja doświadczenie zdobywała w Bundeslidze. Oni grali, jako wiodące postacie, w najlepszych drużynach, najlepszej ligi na świecie. To dało Polsce medale i doskonałą przyszłość. Na pozycji kołowego jest jeszcze szansa na szybką zmianę. Są młodzi zawodnicy – Gembala, Piechocki, ale i Syprzak, wciąż młody zawodnik. Ale ja się pytam, gdzie są rozgrywający?

Jest aż tak źle?

Świadczy o tym chociażby to, że przed ME w Polsce chcieliśmy Grześka Tkaczyka ściągać znów do kadry, a przecież on ma swoje lata. Gdy grać skończą Bielecki, Lijewski, Jurecki, to na środku i na lewym rozegraniu będzie dziura. Na prawym jeszcze może sobie poradzimy. Kim natomiast dysponujemy na wspomnianych pozycjach? Podsiadło gra we Francji, ale on też już ma 29 lat. Dlatego kolejny trener kadry, który przyjdzie, musi być cierpliwy i musi dostać czas. Trzeba pamiętać, które polskie roczniki zdobywały medale imprez młodzieżowych. Jako ostatni sięgali po takie trofea ci z roczników 1982/1983 z Karolem Bieleckim i Mariuszem Jurkiewiczem w składzie. Rocznice około 1990 roku zajmowały w tych imprezach jedenaste, dwunaste pozycje. Nie chcę być arogantem, ale ludzie muszą patrzeć realnie na możliwości. Może się okazać, że przez najbliższe lata samo kwalifikowanie się do dużych imprez będzie już sukcesem, a potem walka o pierwszą ósemkę.

Pan chce trenować nasz zespół w perspektywie wieloletniej?

Oczywiście. Wszystko jednak będzie zależało od jesiennych wyborów na prezesa związku. I nowy prezes i trener muszą patrzeć w tym samym kierunku i chcieć ze sobą współpracować. Przerabiałem sytuację ze zmianą prezesa na Węgrzech i ona do niczego dobrego nie prowadziła. No i ważny jest cel wyznaczony przez nowe władze. Jeżeli będą oczekiwały cudów i medali od razu, to żaden poważny trener się na to nie zgodzi. Oczywiście przedstawiłem w czasie aplikowania na stanowisko selekcjonera swój plan rozwoju kadry i jest on władzom znany. Pamiętajmy jednak, gdzie są teraz Serbowie czy Rosjanie, niegdyś wielcy mistrzowie. Nie mają jeszcze zawodników na odpowiednim poziomie, więc nie zdobywają medali.

Jest Pan trenerem klubowym i prowadził Pan reprezentację Węgier. Różnica jest ogromna?

Nie, aż tak dużej różnicy nie ma. To jest inna praca, ale piłka ręczna jest taka sama. Trochę doświadczenia trzeba, żeby wydobyć w jak najkrótszym czasie umiejętności zawodników. W klubie jest na to 300 dni w roku. W reprezentacji wielokrotnie mniej. Trzeba pamiętać, że to, co było zrobione 20 czy 15 miesięcy temu, trzeba powtarzać po raz kolejny. W klubie to już działa i wszyscy o tym pamiętają. To główna różnica.

Jaka sytuacja wywoła w Panu w najbliższym czasie poczucie dobrze wykonanego zadania? Jedna bramka dzieli w piłce ręcznej zespoły na wygrane i pokonane.

Najpierw powinien być awans na IO i MŚ i dobre przygotowania. Jeżeli wszyscy zawodnicy będą zdrowi, to mamy szanse bić się o medale, tak jak reszta zespołów startujących w Rio de Janeiro. Jedna bramka, o której pan mówi, rzeczywiście często decyduje. Znam takich przykładów dziesiątki. Niemcy przegrali na ME w Polsce pierwszy mecz, a w drugim przegrywali ze Szwecją 5 bramkami. Wtedy byli już za burtą, nie liczyliby się w walce o medale. Odwrócili spotkanie i jednym golem zwyciężyli. A potem zostali mistrzami Europy. Oczywiście, zasłużyli na zwycięstwo w tym meczu, ale mieli i szczęście. Chciałbym, żeby to szczęście było i przy nas, a Sławek Szmal bronił tak jak w meczu z Chorwacją w ćwierćfinale MŚ w Katarze. Wtedy będąc w ćwierćfinale w Rio też możemy awansować do strefy medalowej.

Wywiad opublikowany został na łamach „Tygodnika ABC”.