fot. Adrian Zieliński/Facebook
adrian 7
fot. Adrian Zieliński/Facebook
Nie będę się wypinał na ściance – Adrian Zieliński (wywiad)
O kulturze celebrytów, braku sponsora, mozole treningów ciężarowca, szansach na medal w Rio de Janeiro, podejściu do sportu i życia, a także braku „kultu mistrza” z Adrianem Zielińskim, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów, wicemistrzem świata z 2015 roku, rozmawia Tomasz Więcławski
Tomasz Więcławski
25 Kwiecień, 2016 18:48

Wywiad z Adrianem Zielińskim przeprowadziliśmy na początku tego roku, już niedługo dowiecie się, co słychać u naszego mistrza olimpijskiego obecnie.

Srebrny medal mistrzostw świata jest najdziwniej zdobytym krążkiem w Pana karierze?

Kontrola antydopingowa jest elementem każdych zawodów. Pod tym względem te nie były jakoś szczególne. Szkoda, że nie mogłem świętować sukcesu na miejscu, ale nie miałem na to wpływu. Cieszę się z tego medalu.

Spodziewał się Pan, że tam może być?

Skąd mogłem się spodziewać? Nie mam rentgena w oczach, żeby sprawdzić, czy przeciwnicy są uczciwi.

Ale nie macie przeczuć w czasie rywalizacji, że ktoś za mocno wystrzelił raptem z formą i nie jest „czysty”?

Nie zastanawiam się nad tym w czasie zawodów. Skupiam się na sobie i na jak najlepszym dźwiganiu.

A pana wynik kilogramowy jest dobrym prognostykiem przed igrzyskami w Rio de Janeiro?

Jeżeli rywalizacja będzie odbywała się na sprawiedliwych warunkach, to zbytnio się o siebie nie martwię. Poradzę sobie.

Przenosiny z Tarpana Mrocza do bydgoskiego Zawiszy są podyktowane chęcią zmiany w przygotowaniach do najważniejszej imprezy?

Nie. Są wynikiem tego, że w końcu muszę zacząć myśleć o sobie i o tym, co będzie po karierze, a wojsko daje mi ciekawą alternatywę. Nie mogę kierować się tylko sentymentem do pierwszego i jedy
nego klubu, jak dotychczas, w mojej karierze, bo dźwiganie ciężarów nie trwa wiecznie, a później człowiek musi dalej żyć.

Wojsko wspomaga takie dyscypliny jak lekka atletyka, podnoszenie ciężarów i zapasy. Bez tego byłoby zawodnikom bardzo trudno w naszym kraju.

Na zachodzie Europy, w Niemczech czy Francji, normalne jest to, że zawodnicy są zawodowymi wojskowymi czy policjantami i nikt się temu nie dziwi. W Polsce to podupadło. Więcej takich możliwości było w okresie PRL-u, a teraz sekcje powiązane z wojskiem bodaj tylko trzy kluby Zawisza, Legia i wrocławski Śląsk. To mało.

Jest Pan mistrzem olimpijskim, których zbyt wielu nie mamy. Sukces w ciężarach przekłada się na zainteresowanie sponsorów?

Nie mam sponsora. Nikt nie był zainteresowany. Jakbym stał na ściance i się wypinał do zdjęcia, to miałbym sponsora. A tak? Przecież jestem tylko zwykłym mistrzem olimpijskim.

Brak zainteresowania telewizji podnoszeniem ciężarów sprawia, że jest tak ciężko?

To na pewno jeden z czynników.

Ale czemu tak jest, przecież walka na igrzyskach o medale w Pana konkurencji cieszyła się ogromnym zainteresowaniem widzów.

(śmiech) To nie pytanie do mnie, a do szefów telewizji. Nie wiem, czemu tak jest, nie prowadziłem badań na ten temat. To ciężki kawałek chleba, wbrew pozorom. Mogłoby się wydawać, że z lekkością podnosimy sztangę na zawodach, że przychodzi to prosto. Ale to wymaga ogromu niezwykle ciężkiej, żmudnej roboty przez wiele lat. Reguły rywalizacji są bardzo proste. Wygrywa ten, kto dźwignie najwięcej. Nie mają na to wpływu warunki atmosferyczne czy noty sędziów.

To klasyczny sport olimpijski. Sprawiedliwy.

Dokładnie. Nowożytne igrzyska oparte były na ciężarach, boksie czy zapasach. Od tego wszystko się zaczęło. A teraz, jak to obserwuję, zapomina się o tym. Stąd np. o usunięciu zapasów z programu igrzysk – kuriozalna moim zdaniem. A zamiast tego wprowadza się squosha. Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko osobom grającym w squosha, ale co to za dyscyplina?

Przykład zapasów w Polsce obecnie pokazuje, że tym, którzy wybierają ten kawałek chleba nie jest łatwo.adrian zieliński

Dokładnie. Damian Janikowski, przecież także medalista z Londynu, również nie ma sponsora strategicznego. Jest ciężko w tak niszowych dyscyplinach jak nasze.

Powtórzenie sukcesu z Londynu w Rio de Janeiro jest Pana największym sportowym marzeniem.

Nie. Nie nastawiam się tylko na złoto. Chcę zdobyć medal. Zawsze powtarzam słowa Marcina Dołęgi, który był trzykrotnym mistrzem świata, który mówi, że zamienił by te tytuły na jeden, brązowy, medal z igrzysk. To wyjątkowe osiągnięcie, a przecież Marcin jest nadal rekordzistą świata. To o czymś świadczy.

Jak Pan patrzy szerzej na całe nasze ciężary, to czego możemy się spodziewać na igrzyskach? Mamy więcej szans medalowych niż Adrian Zieliński?

Tak. Szczególnie w kategorii 105 kilogramów. Tam powinien bardzo dobrze przygotować się Bartek Bonk. Adrian Michalski też nie jest bez szans. Osiem miesięcy to w sporcie zawodowym bardzo dużo czasu. Zobaczymy, jak będzie.

W Pana dyscyplinie niezwykle ważne jest zdrowie. Doskwierają coś Panu?

Zawsze coś boli. Taki jest zawodowy sport. Taki urok wyczynowego bawienia się w coś.

Ale to jest tak, jak często opowiadał Marcin Dołęga, że podnoszenie ciężarów na bardzo wysokim poziomie jest stąpaniem po bardzo cienkiej linii między zdrowiem a kalectwem.

Jasne, że tak. Ale to nie tylko urok ciężarów. Jak chcesz być w czymś bardzo dobry, to ryzykujesz wiele. W pracy przy biurkiem ryzyko jest również. Przed komputerem można stracić wzrok, co jest doskwierającym kalectwem.

Pogadajmy chwilę o kolejnych miesiącach. Obozy treningowe raczej w Polsce czy za granicą?

Pierwszy obóz mamy w Hiszpanii w lutym, a dalej nie wiem. Związek zabrał mi ścieżkę przygotowań do igrzysk…

Jak to? Mistrzowi olimpijskiemu?

Dokładnie. Po pierwszych wynikach MŚ. Teraz z trenerem walczymy o jej przywrócenie, ale pomimo tego, że ostatecznie wywalczyłem srebrny medal, to władze związku nie są skore przywrócić mi „ścieżki”.

Nie ma Pan wrażenia, bo nie rozmawiamy pierwszy raz, a zawsze to wychodzi w tej rozmowie, że w Polsce nie szanuje się wielkich mistrzów?

Na pewno nie ma „kultu mistrza”. Kiedyś jak wybitny zawodnik wchodził na stołówkę, to wiedziało się, że to jest „ktoś”, osoba ważna. Teraz istotniejsi są celebryci.

Chyba też nie pomaga Panu podejście do sportu, do życia, które zakłada nieafiszowanie się z życiem prywatnym.

Nie interesuje mnie taka droga. Jestem normalny.

Ale to się nie sprzedaje.

Trudno. Mam swoją ścieżkę życia. Jeżeli ktoś nie interesuje się moimi osiągnięciami, a chce grzebać w mojej prywatności, to zainteresowanie takiej osoby nie jest mi do niczego potrzebne. Wychodzę też z założenia, że co miałoby mi dać afiszowanie się z problemami na okładkach kolorowych pism? Każdy człowiek ma problemy i nie ma się co żalić, a już na pewno nie w mediach.

Jest jakiś „czarny koń” w naszej kadrze, na którego stawia Pan przed IO w Brazylii?

Ciężko powiedzieć. Mamy swoje szanse w lekkiej atletyce czy siatkówce, ale igrzyska to są igrzyska i wydarzyć się może wszystko. Nie zawsze wygrywają na tych zawodach faworyci. I to jest piękne, bo ja faworytem do złota w Londynie też nie byłem.

Wywiad opublikowano na łamach „Tygodnika ABC”.