Fot. MAREK JANIKOWSKI/newspix.
radwanska
Fot. MAREK JANIKOWSKI/newspix.
Poczwórne alibi Agnieszki Radwańskiej
Ostatnie dni przyniosły dwie ważne informacje o polskim tenisie. Po pierwsze, start w Rio zapowiedział Jerzy Janowicz. Po drugie, w pierwszej rundzie turnieju w Eastbourne mecz Agnieszki Radwańskiej odbył się bez przerw w ciągu jednego dnia, bez deszczu i zakończył się zwycięstwem naszej tenisistki.
Dyscyplinę wspiera:
Albert Duzinkiewicz
24 Czerwiec, 2016 11:40

 

Oficjalnie potwierdzony udział Janowicza w olimpijskich zmaganiach to realizacja planu minimum sportowca. Splot korzystnych okoliczności sprawił, że osuwający się w rankingu ATP tenisista, który po półfinale Wimbledonu w 2013 roku dotarł do drugiej dziesiątki tego zestawienia, dostał potwierdzenie startu na igrzyskach. Tenis nie zna spektakularnych powrotów i tenisiści po przejściach, jak Janowicz, odzyskują teren raczej długo i mozolnie. Właśnie w roku olimpijskim na korty wraca taki gigant, jak Juan Martin del Potro – i robi to małymi kroczkami. Każdy wygrany mecz Janowicza w Rio będzie naprawdę sporym osiągnięciem.

Co innego Radwańska. Bieżący sezon, po zakończeniu poprzedniego zwycięstwem w  turnieju Masters w Singapurze, zapowiadał się jako przełomowy w i tak już bogatej karierze krakowskiej tenisistki. Wiadomo, brakuje wisienki na torcie, a tą może być jedynie wzniesienie rąk w górę po wygranym finale w Sydney, Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku. Nie wspominając już o olimpijskim złocie. Agnieszka potrafi na korcie wyczarować wszystko, ale jej achillesową piętą, oprócz czysto fizycznej mocy, jest konieczność maksymalnego skupienia. Ostatnio dość często wyprowadzają ją z superkoncentracji kontrowersyjne decyzje sędziów (jak w ćwierćfinale z Baczszinsky w IV rundzie w Miami) czy, jak ostatnio, już-prawie-wygrane-mecze przerywane przez deszcz.

Inną kwestią jest utrzymanie najwyższego poziomu od pierwszego meczu do końca. Podczas igrzysk w Londynie wszystko przemawiało za Agą: jej ulubiona trawiasta nawierzchnia, grany chwilę wcześniej finał Wimbledonu, aktualna forma. Jeśli jednak mierzy się w finał, nie powinno się grać na maksa w pierwszej rundzie. Tymczasem dla przeciwniczki naszej tenisistki w Londynie w pierwszej rundzie, Julii Goerges, musiał to być mecz życia. I był.

Trzecia sprawa to układ meczów. Gwoli przypomnienia: turniej życia Agnieszki Radwańskiej, Masters, jest rozgrywany w bardzo nietypowym układzie – najpierw mecze grupowe potem półfinały i finał. Czyli można wygrać turniej nie wygrywając wszystkich meczów, co właśnie stało się w przypadku Agi. Zresztą na olimpiadzie przyznaje się medale, rozgrywany jest mecz o trzecie miejsce, a w świecie tenisa do CV wpisuje się jako osiągnięcie np. ćwierćfinał Australian Open. Co tam ćwierćfinał, dla legionu tenisistów 1/8 jest życiowym sukcesem.

Po czwarte to kwestia nawierzchni, na której odbędzie się olimpijski turniej w Rio. Rafael Nadal uznał za skandaliczną decyzję organizatorów, którzy postanowili, że tenisiści zmierzą się na hardzie, podczas gdy w Brazylii najwięcej jest kortów ziemnych (które przy okazji są ulubionymi kortami Hiszpana). W wypadku Radwańskiej przyjęło się szeregować typy nawierzchni następująco: najlepiej na trawie, potem na hardzie, na końcu na mączce. Wydaje się, że to powinien być akurat dla niej lekki handicap.

Chociaż… stop. Im dalej zagłębiam się w podobne dywagacje, tym bardziej zaczyna to przypominać szukanie alibi. A miało być prognozowanie szans.