Fot. Agnieszka Derlatka
mozdzonek
Fot. Agnieszka Derlatka
Siatkarskie veni, vidi, vici. Wywiad z Marcinem Możdżonkiem
O pierwszej przygodzie olimpijskiej, ferii barw zmieniających się w czerń i biel, pekińskiej zadrze i śmierci Andrzeja Niemczyka, ze środkowym reprezentacji Polski w siatkówce Marcinem Możdżonkiem, w Tokio rozmawiał Tomasz Więcławski
Tomasz Więcławski
13 Czerwiec, 2016 17:53

Wracacie z Tokio z upragnionym awansem olimpijskim. W końcu – można powiedzieć.

Veni, vidi, vici – przyjechaliśmy, zdobyliśmy i odjeżdżamy. Trwało to blisko rok, ale udało się zrealizować najważniejszy cel. Udowodniliśmy w stolicy Japonii, że zasługujemy na awans na igrzyska. Wygraliśmy 6 z 7 spotkań, a jedyna porażka przydarzyła nam się dopiero po tym, gdy zapewniliśmy sobie awans.

Nie frustruje to, że mistrzowie świata musieli zagrać 23 spotkania, żeby pojechać do Rio? Ten system kwalifikacji w siatkówce nie jest najsprawiedliwszy.

No i co z tym zrobimy? Nic na to nie możemy poradzić i zostało nam tylko skupić się na grze i dostosować się do niego. To nie czas i nie miejsce na takie rozmowy. Chociaż zgoda, że mogłoby to być zaplanowane nieco inaczej.

Jako jedyny z zespołu, który wywalczył awans do Rio, był pan na dwóch turniejach olimpijskich. Co zapamiętał pan z 2008 roku?

Wtedy była to dla mnie niesamowita sprawa, chociaż sytuacja była podobna do obecnej, bo walczyłem o miejsce w składzie do samego końca i można powiedzieć, że rzutem na taśmę Raul Lozano zadecydował, iż to jednak ja polecę do Pekinu. Argumentem za zabraniem mnie na IO 2008 był ponoć mój lepszy blok. Teraz też robię wszystko, żeby udowodnić swoją przydatność do gry w reprezentacji. Decyzje odnośnie ostatecznego składu na turniej w Rio należą jednak do trenerów.

Zaczynał pan wtedy reprezentacyjną karierę, ale już cztery lata później był pan kapitanem zespołu grającego w Londynie.

W drużynie pekińskiej byłem najmłodszym zawodnikiem. Dla mnie to było ogromne przeżycie, że mogłem zobaczyć całą otoczkę igrzysk olimpijskich, wioskę olimpijską i mieszkających w niej znanych sportowców. To coś niesamowitego. Znałem ten klimat z uniwersjad, ale one, co zrozumiałe, mają zdecydowanie mniejszą skalę. Na IO wszystko jest robione z ogromnym rozmachem.

Która z naszych drużyn olimpijskich – z 2008 i 2012 roku – była silniejsza?

Nie chcę dokonać takiego porównania. Po pierwsze, bardzo trudno to zrobić, a po drugie mógłbym niechcący kogoś skrzywdzić. Mogę powiedzieć jedno: drużyna z Pekinu była bliższa wywalczenia medalu.

Porażka w Pekinie długo była zadrą w sercu?

Wielką. Proszę mi wierzyć, że czasem to jeszcze wraca, nawet czasem śni mi się w nocy. I wcale nie ubarwiam swoich odczuć. Wtedy było nas stać na grę w strefie medalowej. To jest koszmar, który się ciągnie latami. Mam nadzieję, że przyszłość przyniesie na tyle dobre rzeczy, że Pekin potraktuję jako dobrą nauczkę. Trzeba z tego występu, jak i londyńskiego, wyciągnąć wnioski przed Rio.

Los jest jednak okrutny, bo w dzień waszego awansu umarł Andrzej Niemczyk, legenda polskiej siatkówki…

Rzeczywiście. To wielka strata dla całego środowiska siatkarskiego. To człowiek, który wprowadził żeńską siatkówkę na poziom nigdy wcześniej, ani też później, nieosiągalny. Umiał dotrzeć do dziewczyn, co wcale nie jest proste. Na pewno wielu, jeżeli coś w Rio osiągniemy, zadedykuje mu ten sukces.