Fot. Marek Biczyk/newspix
kasia kowalska
Fot. Marek Biczyk/newspix
Bieganie? Kocham i nienawidzę, a to nazywamy pasją. Wywiad z Katarzyną Kowalską
Na swoim koncie ma worek medali, wywalczonych głównie w biegach na 3000 m z przeszkodami i trasach przełajowych. W Rio de Janeiro pobiegnie jednak na królewskim dystansie. O olimpijskich wspomnieniach, blaskach i cieniach pasji z Katarzyną Kowalską rozmawia Aleksandra Radzikowska
Dyscyplinę wspiera:
Aleksandra Radzikowska
3 Maj, 2016 17:25

Startem w maratonie londyńskim po raz drugi potwierdziłaś minimum olimpijskie. Czas 2:29:47 oznacza, że zadanie wykonane zgodnie z planem?

Po raz kolejny złamałam 2:30:00 w maratonie, więc jak najbardziej, chociaż pogoda mi nie dopisała. Było zimno i wietrznie, zwyczajnie mnie zmroziło, więc po dobiegnięciu  potrzebowałam sporo czasu na to, żeby dojść do siebie. To był zapewne duży minus tych zawodów, który w znaczny sposób ograniczył moje możliwości startowe w tym dniu, ale ogólnie jestem zadowolona.

Minimum PZLA uzyskałaś już w tamtym roku. W Berlinie pobiegłaś na 2:29:41, ale konieczne było to, żebyś potwierdziła kwalifikację. Tak sobie zaplanowałaś tę trasę: Berlin-Praga-Londyn-Rio de Janeiro?

W zeszłym roku wygrałam mistrzostwa Polski w biegu na 3000 m z przeszkodami. To był mój dziesiąty złoty tytuł i po jego zdobyciu podjęłam decyzję, że będę startować w maratonach. W niespełna dwa miesiące przygotowałam się do tego dystansu i już w drugim starcie w Berlinie złamałam barierę 2:30:00, czyli minimum olimpijskiego. Wtedy wiedziałam, że będę musiała tę kwalifikację potwierdzić.

Można to było zrobić na dystansie maratonu albo półmaratonu.

Dokładnie tak, najpierw pobiegłam półmaraton w Pradze, a czasem 1:10:06 ustanowiłam nowy rekord Polski. Mocnym akcentem, ale zawsze wiedziałam, że jest w moim zasięgu.

Po raz drugi udowodniłam formę w Londynie, ale wystartowałam już ze świadomością, że przypieczętowałam minimum i nie mam się czego bać.

To był dopiero Twój trzeci oficjalny maraton…

Dopiero trzeci. Nie mogę się porównywać do dziewczyn, z którymi rywalizowałam o kwalifikację. Można powiedzieć, że jestem jeszcze „kopciuszkiem” na tym dystansie. Czuję, że stać mnie na szybsze bieganie. Dystans maratoński to specyficzna i bardzo trudna konkurencja, wymagająca dużego doświadczenia.

Chyba każdy życzyłby sobie debiutować w ten sposób. Od zawsze wiedziałaś, że to będzie naturalne przedłużenie Twojej sportowej ścieżki czy późno odkryłaś talent?

Od dziecka startowałam na dystansie przeszkodowym i moje serce zostało na stadionie. Od wielu trenerów słyszałam, że mam predyspozycje do biegania maratonów, ale latami się przed tym broniłam. Po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie tę decyzję pomógł mi podjąć związek. Po prostu usłyszałam, że albo wybiorę maratony, albo zakończymy współpracę.

W ostatnich latach, chociaż startowałam na przeszkodach, byłam przydzielana do grup maratońskich. Ciężko mi się ćwiczyło, bo to są inne ścieżki treningowe i moje drogi z trenerami kadry zwyczajnie się rozchodziły. Zdecydowałam się zatem na maraton. Być może to dobry kierunek, chociaż serce – jak wspominałam – mam na stadionie. Czasami stajemy w życiu przed trudnymi wyborami i potrzebujemy bodźca zewnętrznego, by podjąć decyzję.

Maraton jest niewdzięcznym dystansem. Nie można powiedzieć, że było się w ćwierćfinale czy finale. Niewiele osób pamięta o drugim biegaczu, który przekroczył metę.

Sport jest piękny dla tych, którzy wygrywają, dla innych czasem brutalny. Chyba każdy zawodnik doświadczył tego, że trzeba być na topie, żeby nie zostać zapomnianym. Za to jednak kochamy sport. Faworyci czasem zawodzą.

Ty kochasz z tego samego powodu?

Nie planowałam tego, że tak ułoży się moje życie. Zaczęło się od pasji i zajęć pozalekcyjnych. Potem to przerodziło się w sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej a w efekcie – sposób na życie.

Czyli także codzienność?

Najbliższe miesiące w pełni podporządkowałam przygotowaniom do igrzysk. Po drodze czekają mnie jeszcze pracowite zgrupowania, start w mistrzostwach Polski i mistrzostwach Europy w półmaratonie.

Kochasz przeszkody, prawda? Czuć to nawet wtedy, gdy tylko o nich wspominasz. Z maratonem to raczej koleżeństwo?

Jeśli przez szesnaście lat biega się przeszkody, to trudno nagle z tej ścieżki zejść. Dodatkowo trudniej, gdy jest się niepokonanym. Radość ze zwycięstwa jest bezcenna. Nie mogę przecież udawać, że to się nie działo…

Boisz się czegoś w kontekście Rio? Może pogody?

Pogoda będzie miała bardzo duży wpływ, ale po maratonie w Londynie mam nadzieję, że będzie troszkę cieplej (śmiech).

Oby nie za ciepło.

Dokładnie, niech to będzie w granicach normy. Nigdy nie byłam w Rio, więc trudno mi mówić o tych warunkach klimatycznych.

Na igrzyska nie jedziesz jednak po raz pierwszy, a po raz trzeci.

Właśnie, w kontekście tego, czego się obawiam – nie mam sprawdzonej zmiany strefy klimatycznej i czasowej w tamtą stronę.

Jak wspominasz Londyn i Pekin?

W Londynie nie poczułam olimpijskiej atmosfery. Było blisko, pojechaliśmy tylko na start i wróciliśmy do domu. Natomiast w Pekinie uczestniczyłam w ceremonii otwarcia igrzysk i to zapamiętam do końca życia. Wyjątkowe uczucie, gdy godzinami czeka się na to, żeby wejść na stadion z własną reprezentacją, a tam wiwatują tysiące ludzi… Te wspaniałe chwile zapamiętam na zawsze.

To pewnie zależy od dystansu i okoliczności, ale gdzie uciekasz myślami będąc na trasie?

To zależy, podczas zawodów skupiam się na celu. Maraton oznacza długotrwały wysiłek, więc często prowadzę ze sobą dialogi. Muszę się motywować, gdy zmęczenia pojawia się wcześnie a przede mną długi i wyczerpujący dystans. Mobilizuję się nie tylko do walki z rywalkami, ale z własnymi słabościami. Z każdym metrem sił ubywa, więc muszę ponieść ciało nie tylko siłą mięśni, ale i psychiki.

Pracujesz teraz prawie jak maszyna?

Prawie jak maszyna. Jeśli nawet mam chwilę odpoczynku, to staram się udzielać społecznie. Spotykam się z dziećmi na zawodach i w szkołach, a tych spotkań szczególnie wiosną jest bardzo dużo. Dodatkowo studiuję, więc ciężko mi gospodarować czasem.

„Życie po życiu” widzisz dalej w sporcie?

Zastanawiałam się nad tym, jak to będzie, gdy nadejdzie czas rozstania z bieganiem. To zawsze jest trudny moment dla sportowca.

Przygodę ze sportem rozpoczyna się już jako dziecko, więc ciężko nagle odwrócić się plecami do tego wszystkiego. Trudno powiedzieć: zapominam. Wielu zawodników zostaje trenerami, inni są działaczami, bo to łącznik z przeszłością.

Ja raczej trenerem nie będę, bo to oznaczałoby w pewnym sensie tylko zmianę strony. Dalsze wyjazdy i wyrzeczenia. Bo sport to są wyrzeczenia, wbrew temu co niektórzy mówią. To ta słynna druga strona medalu.

Powrócę do Ciebie biegającej – wciąż dotykasz tej dziecięcej radości?

Gdybym tego nie miała, to chyba dawno przestałabym biegać.

Powiem szczerze, że jednocześnie kocham i nienawidzę tego, co robię. To nazywa się pasją.

Piękna definicja.

Każdy tak ma, że czasem się wścieka i ma ochotę rzucić wszystko w kąt. Bo coś nie wyszło, bo coś denerwuje. A jednak to coś ciągnie i się wraca.