Fot. Paweł Skraba.
POLSKAFRANCJA 116 SKRAP
Fot. Paweł Skraba.
MAMY TO?
Ten obraz powinien trafić do galerii polskiego sportu: Berlin, 10 stycznia 2016 roku, euforycznie wyczerpani polscy siatkarze zbierają swe członki z parkietu po wygranej z Niemcami w tie-breaku, co oznacza, że mistrzowie świata mogą jeszcze pojechać na igrzyska olimpijskie. Po berlińskiej maskarze piłką siatkową rozpoczynający się 28 maja w Japonii turniej kwalifikacyjny do Rio ma być jak spacerek pod Tężnią nr II (może by tak ktoś je wreszcie ponazywał) w Ciechocinku. Tak przynajmniej mówi się na mieście. Czy aby na pewno?
Albert Duzinkiewicz
11 Maj, 2016 21:23

Zacznijmy od tego, co wiemy na pewno. Na pewno w Rio nie zobaczymy brązowych medalistów MŚ Niemców ani zawsze nieobliczalnych Serbów, nie zobaczymy wicemistrzów Europy Słoweńców, zobaczymy za to puste trybuny podczas przegranych w stosunku 0:3 meczów jednej z czterech siatkarskich potęg: Algierii, Meksyku, Chile lub Tunezji, które między sobą rozegrają jeszcze jeden, absolutnie niezbędny, dodatkowy, najspecjalniejszy turniej kwalifikacyjny. Na pewno wśród szesnastu ekip w turnieju olimpijskim zagrają maksymalnie cztery zespoły europejskie, choć w pierwszej dziesiątce rankingu FIVB jest ich sześć. Na pewno zasady kwalifikacji olimpijskiej tej szacownej organizacji są równie jasne i logiczne jak instrukcja obsługi glebogryzarki na żagiel słoneczny czytana w języku norweskim przez Boliwijczyka siedzącego po turecku pośrodku Morza Południowochińskiego.

Na pewno wygraną z Niemcami Polacy zamknęli okres siatkarskiej bessy, na którą złożyły się porażki w decydujących meczach trzech kolejnych imprez: Ligi Światowej, World Cup i Euro. W styczniu orły Antigi grały z tego powodu z wielkim bólem głowy, zwłaszcza po japońskim Pucharze Świata, w którym 10 wygranych na 11 meczów wystarczyło na „zaledwie” brązowy medal i brak kwalifikacji olimpijskiej.
Na pewno znów jadą do Japonii, w której trzy rzeczy też są na pewno: dziwaczny doping, problemy z aklimatyzacją i wydłużone przerwy techniczne w meczach z gospodarzami.
Na pewno awansuje zespół z Azji. Rok temu można było pisać w ciemno, że będzie to Iran, ale dziś nie jest to już takie oczywiste.
Ostatnie dwa „na pewno” dotyczą biało-czerwonych. Na pewno na rozgrzewkę w bluzie z orzełkiem nie wybiegnie Wilfriedo Leon, który bardziej polskie ma nazwisko niż imię, najbardziej narzeczoną, i któremu jako jednemu z najlepszych siatkarzy świata moglibyśmy w końcu dać szansę nauczyć się najpiękniejszego hymnu na świecie. Z tego wszystkiego zaś najpewniejsze jest to, że nasi dadzą z siebie wszystko.
Reszta zaś jest co najwyżej prawdopodobna. Nikt z nas nie wyobraża sobie, żeby nie awansowali. Ale czyż ludzka wyobraźnia nie jest ułomna? Gdy piłkarze Leicester zostali mistrzami Anglii, nie było kawałka w gazecie czy Internecie, który by nie powtórzył, że przed sezonem taki zakład u buków dawał więcej niż lądowanie UFO na Ziemi. Brak siatkarskich mistrzów świata na igrzyskach olimpijskich byłby jak lądowanie Ziemi na UFO. Albo jak ochrzczenie Tężni nr 2 w Ciechocinku imieniem Raula Lozano. Z tym, że w sporcie nic nie jest niemożliwe.
Skończę tak: jeśli wygramy z tymi, z którymi nie przegraliśmy od poprzednich igrzysk, czyli Kanadę, Chiny, Wenezuelę, Australię i Japonię, na której nie potkniemy się jako na gospodarzu i/lub pogonimy Raula Lozano w irańskim dresie i/lub wreszcie wygramy z Francją, będziemy mogli na pewno powiedzieć: MAMY TO!