Fot. Facebook.
lucznitwo
Fot. Facebook.
STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ
Na futbolu znają się wszyscy. Najbardziej oddanych fanów mają żużlowcy. Na zabój swoich zawodników kochają kibice siatkówki i piłki ręcznej. Miłośnicy tenisa chętnie pozują na koneserów. Ale najbardziej dumni powinni być kibice łuczników. Jeśli takowi istnieją.
Albert Duzinkiewicz
14 Maj, 2016 13:08

 

Łucznictwo nie jest sportem masowym? Może obecnie – nie, ale przez tysiące lat prawie każdy facet nie ruszał się z domu bez łuku. Czy dziś prawie każdy facet rusza się z domu bez piłki? Łucznictwo nie jest elitarne? Proszę pokazać mi dyscyplinę sportową, do której sprzęt wymyślono w paleolicie, której pierwszym prezesem był niejaki Fojbos Apollo (pamiętacie tę scenę z filmu „Troja”, w której Brad Pitt pozbawia posąg tego gościa z łukiem głowy), sportową legendą Legolas, a wieloletnim liderem list rankingowych niejaki Robin Hood z klubu Nottingham Forest?

Nie ma drugiej dyscypliny (może poza skokami narciarskimi), w której taką rolę odgrywałaby pamięć mięśniowa, w żadnej innej zawodnik nie musi w takim stopniu panować nad oddechem. Jeśli nawet koncentrację opanujemy w stopniu idealnym, zawsze może pojawić się jakiś niespodziewany podmuch wiatru… Ciche szaleństwo… Czysty impresjonizm.

Wyobraźmy sobie, że łucznicza popularność nie jest taka, na jaką sobie w przeszłości zasłużyliśmy i raz na cztery lata, podczas zawodów PŚ w Kopenhadze, na których chcemy zakwalifikować się na igrzyska, pamięć mięśniowa, oddech i wiatr oraz zdecydowanie zbyt mocny przeciwnik, na przykład Korea Południowa. Nasi łucznicy znaleźli się właśnie w takiej sytuacji w zeszłym roku i, choć prowadzili już 2:0 i 4:2, ostatecznie przegrali.

Wśród nich szczególną uwagę zwrócił Sławomir Napłoszek. Pamiętamy jego czwarte miejsce i niezdobytą kwalifikację na Igrzyskach Europejskich w Baku w 2015 roku. Reprezentant Polski na igrzyskach w Barcelonie. Zawodnik, który wrócił na tory łucznicze z wielkim marzeniem, by wystartować na igrzyskach po… dwudziestu czterech latach. I któremu nie przeszkadza to, że uczyniłby to w wieku czterdziestu ośmiu lat. Jeszcze większym marzeniem Sławomira Napłoszka jest to, by w 2020 do Tokio pojechać ze swoją córką Kamilą, też łuczniczką. I jak tu nie zakochać się w łucznictwie?

Przed naszymi jeszcze dwie szanse. Za kilka dni w mieście Robin Hooda rozpoczną się Mistrzostwa Europy, z których do Rio pojedzie trzech najlepszych zawodników. Do trzech razy sztuka? Jeśli nie, pozostaną jeszcze czerwcowe zawody drużynowe i indywidualne w Antalyi, gdzie szanse na zakwalifikowanie się będą miały obie drużyny, a zawodnicy powalczą o ostatnich osiem miejsc. Czekamy na come back Sławomira Napłoszka. Należy mu się strzał w dziesiątkę.